“Tatry z psem? Ale jak to?” “Serio? Udało się bez mandatu?” – w ostatnich dniach takie pytania słyszałam najczęściej. Żaden ze mnie psi specjalista, ale chętnie opowiem coś więcej o tatrzańskiej przygodzie Locosława. No i o tych mandatach, jak to z nimi jest… 🙂

Już od dłuższego czasu planowaliśmy wypad w Tatry z psem. Miniony weekend – według prognoz pogody, ostatni tak ciepły w tym roku – przekonał nas ostatecznie. Jako, że po polskiej stronie Tatr wędrówki są zabronione, cel podróży był oczywisty – Słowacja. Już po powrocie doszły mnie słuchy, że słowacki TANAP rozważa wprowadzenie takiego samego zakazu za południową granicą Polski, jednak nic takiego jeszcze w życie nie weszło. Skorzystaliśmy! A żeby przygody było aż nadto, postanowiliśmy spać w samochodzie, na dziko. W bagażniku i z psem – nie mogło być lepiej 🙂

Wschód słońca na parkingu

Plan na weekend był ambitny – w niedzielę chcieliśmy zdobyć Krywań, a w sobotę, podczas gdy Mateusz zdobywał swój przedostatni szczyt w WKT, ja postanowiłam przygotować Loco do niedzielnego wyzwania, wędrując po łagodniejszych szlakach w okolicy Tatrzańskiej Łomnicy. Tak – tej samej, gdzie bodajże wczoraj żerowało na polanie ponad 30 niedźwiedzi. Ale o niedźwiedziach później.

“Czy nie męczyliście tego psa za bardzo?” Takie pytania też się pojawiały. Czy dla Loco łażenie po górach było frajdą jak dla nas? Nie wiem na 100%, ale na tyle dobrze już go znamy, że wiemy kiedy się np. boi, jest zły czy zadowolony. Umiemy stwierdzić, kiedy czuje się dobrze, a kiedy nie. Węszący, skupiony Loco, merdający ogonem i prący do przodu – to chyba dostateczny dowód na to, że mu się podobało. Oczywiście, tak samo jak my, zmęczył się. I to bardzo. I o tym trzeba pamiętać wyprowadzając psa w góry, że będzie to bardzo duży wysiłek fizyczny. Loco akurat nie jest typem psa kanapowca (no dobra, jest – ale tylko pod kątem miziania :)) i nie podejmuje takiego wysiłku po raz pierwszy. Ostatniej zimy zdobył Śnieżkę w naprawdę srogich zimowych warunkach, a ponad 15 kilometrowy bieg z Mateuszem to ostatnio jego chleb powszedni 🙂 Jacki potrzebują aktywności fizycznej i myślę, że jej dawkę dostał odpowiednio zbilansowaną.

Czy z psem na szlaku wiążą się jakieś dodatkowe wymagania? Teoretycznie pies powinien być cały czas na smyczy, jednak na mniej uczęszczanych fragmentach szlaków pozwalaliśmy mu na odrobinę wolności. I wtedy to było dopiero psie szczęście <3

Zagwozdka dla wielu – “Co z kupą?” – no jak to czasem bywa, zdarza się i na szlaku. I to nie tylko psom.. 🙂 Loco w większości przypadków był bardzo dyskretny – “chodził w krzaczki”. Zdarzyło się jednak i na “środku drogi”, więc woreczek również poszedł w ruch. I tak – znosiliśmy go na dół. 🙂

Ogólnie, wrażenia po powrocie są super! Loco dał radę i zachwycał nie jednego po drodze. Co bym zmieniła czy poprawiła? Ilość wody, którą ze sobą braliśmy – oba szlaki nie miały po drodze wielu strumyków więc czasem wody było troszkę za mało. No i już wiem by uważniej czytać etykiety na kupowanej wodzie – Loco gazowanej zdecydowanie nie lubi. 🙂

Poniżej oba szlaki naszych wędrówek – bierzcie psy i jedźcie! Hmmmm… tylko może jak będzie trochę cieplej! 😉

Sobota: Tatrzańska Łomnica – Łomnicki Staw – Tatrzańska Łomnica

wg mapa-turystyczna.pl – 16,5 km
wg zegarka – prawie 20 km 🙂

Szlak jest bardzo przyjemny, chociaż początkowy odcinek totalnie pusty. I muszę przyznać, że miałam dziwne poczucie, że dookoła mnie czai się stado niedźwiedzi – na szlaku byłam zupełnie sama (w ciągu 1,5h spotkałam jedną osobę!), a każdy szelest w wysokich trawach dookoła mnie przysparzał mnie o stan przedzawałowy 😀 Loco był zmuszony iść na smyczy. Od momentu skrzyżowania z zielonym szlakiem szliśmy przez las, gdzie stres był już trochę mniejszy 🙂 Końcowy odcinek szlaku, gdzie dochodzimy do Łomnickiego Stawu to niesamowicie malownicza ścieżka z cudowną panoramą na miasteczko. Przy Stawie działa restauracja i kawiarnia – to miejsce wypadowe na Łomnice (działa tam kolejka) więc i ludzi było sporo. Czekając na Mateusza chillowało się bardzo przyjemnie.

Zejście do Tatrzańskiej Łomnicy prowadzi szlakiem wzdłuż stromego stoku narciarskiego – niezbyt przyjemny odcinek, ale bardzo ładne widoczki 🙂 Niestety ich na ładnym zdjęciu nie udało się uchwycić (tylko takie kalkulatorowe coś :))… Za to z herbatką na parkingu już zdecydowanie lepiej!

Niedziela: Trzy Studniczki – Krywań – Jamski Staw – Trzy Studniczki

wg mapa-turystyczna.pl – 17 km
wg zegarka – znowu prawie 20 km 🙂

Szlak bardzo popularny już od bardzo wczesnych godzin rannych – jeszcze nie otworzyliśmy bagażnika, a tłumy już biegły na górę 🙂 Od samego początku – dzida w górę! Męczę się i sapie w takich sytuacjach, ale zdecydowanie wole krótkie i strome podejście, niż długie i łagodniejsze. To było super 🙂 Tu się raczej nie ma co rozpisywać – piękny wymagający szlak. Na psie łapki, szczególnie tak krótkie, był trudny. Loco do mniej więcej 2300 m n.p.m. dzielnie skakał go kamieniach, w większości większych od niego. A później zastrajkował i na szczyt został wniesiony 🙂 Przy szczycie szlak robi się coraz trudniejszy, jest tłoczno, mijają się wchodzący i schodzący. Wniesienie go było zdecydowanie bardziej wygodne. Dla niego i innych turystów. Na szczycie Loco nie był jedynym czworonożnym – kolegów było chyba z 4! 😉

Daleko jeszcze? 🙂
Czworonożny kolega Loco 🙂

Chillowania na szczycie było z dobre pół godziny – nawet chyba więcej 🙂 Panorama z Krywania zapierała dech w piersiach – z jednej strony widok na surowe Tatry Wysokie, z drugiej – na jeszcze dość zielone, Tatry Zachodnie. Nie chciało się wstawać, ale chcieliśmy wyjechać około 15stej, więc czas nas gonił. Loco tak naładował baterie na szczycie, że parł na dół tak, że czasem chyba o nas zapominał. Ze szczytu zeszliśmy na szlak małym skrótem, który zapewnił nam niezapomniane widoki. Wielkie WOW! <3 Zeszliśmy do czerwonego szlaku – fragmentu Magistrali Tatrzańskiej – i stamtąd szybkim tempem do samochodu! Powiedziałabym bardzo szybkim – na Stravie nawet dostałam odznaczenie za segment na tym odcinku 😀 Zanim jednak się rozpędziliśmy minęliśmy przepiękny Jamski Staw, który okazał się również bardzo fotogeniczny… Mnie ten szlak tak zachwycił, że aż zamarzyłam o całej Magistrali… Może w przyszłym roku? 🙂

Miłego oglądania!

WOOOOOW <3
Ach ta jesień… <3

A Wy kiedy zabieracie psiaki w góry? 🙂