Minął już rok od powrotu z naszej wyprawy w Alpach. Dzisiaj, przy okazji niedzieli, chciałabym Wam opisać drugi dzień naszego trekkingu, który (nie będę tutaj oryginalna) od początku do końca serwował nam niesamowite widoki i doznania. Pamiętacie gdzie skończyliśmy dzień pierwszy? Jeśli nie to szybko nadrabiajcie (klik) i ruszajcie z nami w dalszą drogę. Aż do końca… 🙂

Nowy dzień, nowe przygody – czas start. Z obozowiska musieliśmy zwinąć się do godziny 9:00, więc niestety pobudka o 7:30. Jak to w górach bywa rankiem – było bardzo chłodno. Zanim człowiek wytoczy się z wygrzanego śpiworka mija co najmniej kilkanaście minut.. 🙂 Szybka toaleta w zimnym strumyku, obowiązkowy “mejkap” (czyt. tusz do rzęs) i… zwijanie namiotu. Na szczęście nasz jest dość kompaktowy i nie potrzeba za dużego wysiłku by go spakować. Jedyne co zawsze przeszkadza to poranna wilgoć – kto w swoim życiu zwijał namiot ten zrozumie. Równo o 9:07 Mateusz rozpoczął nagrywanie trasy na zegarku.

My też bardzo “merci”. <3

Śniadanie postanowiliśmy zjeść w pobliżu najbliższego schroniska La Balme, gdzie jak się później okazało również było pole biwakowe gdzie mogliśmy się rozbić. Trochę żałowaliśmy, że nie podeszliśmy tych dwóch kilometrów dzień wcześniej, no ale cóż. Tak wyszło w sumie przez moją lekką panikę, ale miejsce noclegu i tak było super. Rozbiliśmy się na wielkim płaskim kamieniu, który stanowił swoistą platformę widokową. Wyciągnęliśmy jedzenie i… wtedy zaczepił nas pewien mężczyzna z synem. “Czy to MRE?” – zapytał. Zdziwiliśmy się, że ktoś dostrzegając nasze racje żywieniowe może je od razu rozpoznać, a gdzie jeszcze je nazwać? 😀 Okazało się, że był to amerykański żołnierz, który tych racji w swoim życiu zjadł setki i szczerze przyznał, że już nigdy więcej! Jego syn był tego samego zdania. 🙂 Nam racje bardzo pasowały – były smaczne i przede wszystkim były naszymi ciepłymi posiłkami po drodze – wystarczyło tylko odrobinę wody i już – obiad gotowy 🙂 Kto o wojskowych racjach żywieniowych nie słyszał, odsyłam do linka. Na deser trochę musu owocowego, kilka fotek przy pięknych widoczkach i można było ruszać dalej.

Zmierzaliśmy w kierunku miejscowości Les Chapieux, która na trasie TMB jest punktem najdalej wysuniętym na południe – to właśnie przez tą francuską miejscowość przechodzi główny szlak trekkingowy. W trakcie marszu, a bardziej podczas przystanku na przepięknej przełęczy (Col du Bonhomme 2329 m n.p.m.) stwierdziliśmy jednak, ze wybierzemy drugi proponowany wariant trasy – krótszy, ale przechodzący przez najwyższy punkt TMB – przełęcz Col des Fours na 2665 m n.p.m. Trzeba mierzyć wysoko, nie ma co! Zresztą, czy otaczając się takimi widokami mielibyście ochotę schodzić do jakiejś mieścinki, czy tak jak my wolelibyście iść jeszcze wyżej? 🙂 Tego dnia spotkaliśmy się na trasie z zalegającymi połaciami śniegu – była końcówka upalnego lipca (!) , ale na szczęście raki nie były potrzebne. Nie, akurat nie tego dnia.. 🙂

W górę, w górę, w drodze na Col du Bonhomme
Col du Bonhomme – 2329 m n.p.m
To gdzie idziemy? W sumie nie ważne. Ważne, że razem.

Szliśmy i szliśmy. Nie powiem, że było lekko. Nie było – ciężkie plecaki, żar z nieba i dość strome podejścia – wszystko to dawało nam popalić. Mimo to tak bardzo chciało się więcej, tak bardzo zależało nam na tym, żeby zobaczyć jak najwięcej! Przy rozwidleniu wariantów trasy TMB zrobiliśmy sobie dłuższy przystanek. Usiedliśmy i obserwowaliśmy innych. Wielu wędrowców schodziło w stronę miasteczka, zapewne zahaczając o pobliskie schronisko. Co zachwycało nas najbardziej? W tamtym momencie nie były to górskie szczyty. Zachwycało nas to, że w większości na szlaku obserwowaliśmy starszych ludzi w świetnej kondycji fizycznej. Nie chciałabym tutaj narzekać na nas Polaków, na naszą mentalność i możliwości – ale kto z Was mógłby pochwalić się swoim dziadkiem bądź babcią, którzy w wieku 70+ byliby w stanie z plecakiem przemierzać górskie szlaki? Na pewno nie chcę sprowadzać sprawy do oceny, którzy dziadkowie są lepsi czy gorsi – chciałabym tylko zauważyć, że niestety na niekorzyść, nasi rodacy w rozmowach częściej wspominają o bolącym biodrze, nowych tabletkach na bóle głowy niż o wyciecze rowerowej czy długim spacerze po lesie. Przecież nikt nie mówi od razu o Alpach czy bieganiu maratonów – jest tyle możliwości by choć troszkę się poruszać. Np. zamiast kolejnego seansu na kanapie przy odcinkach Barw Szczęścia czy M jak Miłość wyjść na spacer… Na szczęście świat idzie do przodu, w tym także nasza samoświadomość. Mam nadzieję, że z nas będą fajni dziadkowie Ostrowscy i oprócz domowych pierogów (o ile się nauczę ;)) i wspólnego kibicowania polskim sportowcom, zaoferujemy naszym wnukom dużo wspólnie spędzanego czasu na świeżym powietrzu.

I tak sobie siedzieliśmy, rozmyślaliśmy, ale trzeba było iść dalej, tym bardziej że nadciągały burzowe chmury…

Posiadówka na kamieniach. Z rozmyślaniami w pakiecie. Widoki były “takie se”… 😀

Jeśli myślicie, że czekały nas tego dnia tylko zejścia, to jesteście w dużym błędzie 🙂 Rzeczywiście kolejne 6 kilometrów to zejście zielonymi zboczami w ucieczce przed deszczem. Było też zgubienie szlaku, ale chyba nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie zaliczyli takiej wpadki. Wprowadziliśmy w błąd również dwie sympatyczne Amerykanki, które wędrowały naszymi śladami 🙂 Pomimo małej kontuzji jednej z nich udało nam się szczęśliwie zejść na szlak i… zdążyć schować się przed burzą pod dachem przydrożnych… toalet. 😀

W tym miejscu był też przystanek autobusowy, na który co chwilkę podjeżdżały busiki zabierając ludzi do miasteczka. Przez głowę przemknęła nam myśl, że może też skorzystamy i prześpimy się w mieście. Na szczęście dla nas poszliśmy dalej, żeby spędzić noc w najpiękniejszym miejscu i okolicznościach na świecie. Wieczór był magiczny i pomimo kolejnego podejścia, siąpiącego deszczyku i mega zmęczenia, towarzyszyła nam niesamowita satysfakcja. Rozbiliśmy się zaraz przy granicy przechodzącej przez przełęcz Col de la Seigne na 2516 m n.p.m. Z widokiem na Mont Blanc. Tak blisko natury nie czuliśmy się nigdy. Byliśmy tam tylko my, góry… i świstaki. <3 I żeby tak jakoś ładnie zakończyć ten już i tak przydługi post, napiszę tylko: polecamy z całego serca.

Na koniec już tylko kilka statystyk:

Długość trasy – 20,58 km
Czas pokonania trasy – 6:03 h
Wartość przewyższeń – 1995 m (!)

<3