Mamy 20 października, a temperatura na dworze dobija do 15 stopni! Miniony tydzień był jeszcze cieplejszy – to coś niebywałego! W tę słoneczną sobotę, wracam myślami do naszych alpejskich wakacji, kiedy to po zdobyciu przez Mateusza Dachu Europy (klik) ruszyliśmy dookoła masywu. Tour du Mont Blanc – dzień pierwszy! 

No to w drogę! W środowy, jeszcze dość chłodny poranek pożegnaliśmy się z naszym gospodarzem i wyruszyliśmy z Saint Gervais le Bains na południe. Tamtego dnia nie sprecyzowaliśmy sobie żadnego celu. Jako, że był to pierwszy dzień z całym naszym dobytkiem na plecach, chcieliśmy powoli przyzwyczaić się do nienaturalnego ciężaru i dojść tam, gdzie nasze nogi nam pozwolą.

 

Niechętnie żegnamy się z pięknym Saint-Gervais.
Budzący się dzień nad Saint Gervais.

Po krótkim śniadaniu w centrum miasteczka (czytaj kilku croissantach z czekoladą i bez ❤) ustawiliśmy Google Maps na miasteczko Les Contamines w którym to mieliśmy dołączyć na główny szlak Tour du Mont Blanc. Trekking do tej miejscowości mijał nam wśród malowniczych uliczek francuskich wsi w prażącym słońcu. Było bardzo gorąco, ale na szczęście w wielu miejscach zaczerpnąć można było pitnej wody. We Francji byłam pierwszy raz w życiu i taką właśnie chciałabym ją zapamiętać na dłużej – pełną kwiatów i przeuroczych budynków. Zakochać można się od pierwszego wejrzenia! Zresztą popatrzcie sami na zdjęcia! ❤

Przystanek na francuskie śniadanie.
Miłość, miłość w… Alpach 🙂
Początki szlaku przypominały i… pachniały Tatrami 🙂
Kompan na szlaku.
Francuzi wiedzą jak wybierać miejsca dla przydrożnych ławeczek. 🙂
Barokowa kaplica św. Donata i św. Leonarda we wsi Chattrix, zbudowana w 1693 roku.
Oznaczenia szlaków to bardzo duży plus trekkingu w Alpach.
Francuskie podwórko.
Kolejny malowniczy kościółek wśród alpejskich szczytów. Tym razem w miejscowości Saint Nicolas de Veroce.

Około godziny 13:00 dotarliśmy do Les Contamines. Strudzeni upałem zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę na placu w centrum miejscowości. W towarzystwie francuskiego (jagodowego!❤) piwa obserwowaliśmy grupy Azjatów czekających na wynajęte busiki. Tam pojawił się pierwszy kryzys. Przeszliśmy już jakieś 14 km. Przez głowę przeszło mi wtedy – “a może też moglibyśmy podjechali autobusem?” – ciężki plecak, piekące słońce i zmęczenie dawało się we znaki. Na szczęście humory i motywacja powróciły i daliśmy radę podnieść nasze tyłki by ruszyć w dalszą drogę. Tutaj warto też wspomnieć o kwiatach, których w alpejskich miejscowościach jest tak ogromnie dużo, że robi to naprawdę duże wrażenie. Donice pełne pelargonii, begonii i innych cudów, których nazw niestety nie znam cieszyły oczy i sprawiły, że buzia (przynajmniej moja) cały czas się uśmiechała.

Pyszne jagodowe piwo podczas odpoczynku w Les Contamines.
Malownicze Les Contamines.
Kościół Św. Trójcy w Les Contamines.

Podczas gdy do Contamines nie spotkaliśmy żadnego turysty, od tej miejscowości rozpoczął się tłok. Fakt, ludzi z plecakami minęliśmy zaledwie kilkoro, a tłumy, w większości, stanowiły rodziny z dziećmi lub grupki młodzieży. Duży ruch utrzymywał się aż do położonego w dolinie ośrodka sportowego – Parku Rozrywki im. francuskiego tenisisty Patrice Domingueza. Takiego ośrodka, którego ani ja, ani Mateusz jeszcze nie widzieliśmy! Skocznia narciarska, korty tenisowe, pola golfowe, boiska do siatkówki, małe ferraty i wiele innych – wszystko w jednym i to tak cudownym miejscu. Do tego jeszcze kąpielisko z widokiem na szczyty! Jakbyście byli kiedyś w pobliżu tego największego parku aktywnej rozrywki w regionie Mont Blanc – skorzystajcie! My niestety ze względu na bagaże i niepewną sytuację co do miejsca noclegu tego dnia, cieszyliśmy się tymi widokami tylko przez chwilkę…

Tym na trawce wcale nie było wygodniej niż nam… 🙂
Kąpielisko w parku rozrywki.

Marsz zaczął wyczerpywać nas coraz bardziej. Do tego robiliśmy się strasznie głodni. Postanowiliśmy zrobić sobie przystanek na obiad na placu przy kościółku Notre Dame de La Gorge, który był kolejnym przykładem barokowej francuskiej architektury sakralnej. Teren przy kościele to przestronna łąka z kilkoma ławeczkami przy których można przygotować sobie posiłek i odpocząć. Miejsce przyciąga też pielgrzymów i turystów – w czasie w którym przebywaliśmy przy kościele przyjechało z nimi kilka małych busików. Obok przebiega też zimny wartki strumień, którym spływa biała woda z lodowców. To takie przyjemne uczucie, kiedy po ponad 17 km marszu możesz ochłodzić się w lodowatej wodzie.

Chillout przy Notre Dame de La Gorge.
<3
Treki też chciały odpocząć.

Chyliło się już ku wieczorowi. Zaczynałam się coraz bardziej denerwować w związku z naszym noclegiem. Pisałam Wam, że zgodnie z prawem na terenie Francji namioty można rozbijać “na dziko” tylko na dużych wysokościach. Według mnie na takich jeszcze nie byliśmy… Wyobrażałam sobie jak francuscy żandarmi wypisują nam srogi mandat w euro przy naszym malutkim namiocie. Ta wizja przerażała coraz bardziej. 🙂 Mateusz jak zawsze podchodził do tego na większym chillu – ,,No kto Cię tutaj znajdzie? Ty już się nie martw – już ja znajdę nam fajne miejsce na namiot”. Nie wiem czemu, ale nie za bardzo mnie to uspokajało. Z wyjątkiem jednej nocy w górach w Maroku nigdy nie spałam w namiocie na dziko. Już nawet zaczynałam rozmawiać z Tatą, czy by nam czegoś nie znalazł niedaleko.. 🙂 Przechodząc obok schroniska De Nant Borrant rzuciłam “A może zapytamy czy mają jeszcze jakieś pokoje?”. Już miałam wchodzić na podwórze, kiedy Mateusz stwierdził, że nie po to targamy ze sobą namiot i, że idziemy dalej. No więc poszłam – już prawie ze łzami w oczach, ale poszłam za nim. I wiecie co? Niecałe 700 metrów za schroniskiem zobaczyliśmy drogowskaz z napisem Aire De Bivouac! Legalne miejsce na biwak! 🙂 To było takie niesamowite, że pomimo tego, że było jeszcze jasno i mogliśmy iść dalej uparłam się żeby tam zostać. I zostaliśmy. To było jedno z najpiękniejszych miejsc w jakich przyszło nam spędzić noc. Ba! Była nawet toaleta.. 🙂

 

Szlak TMB.
Schronisko de Nant Borrant
Małe zboczenie – Mateusz gdzie tylko może fotografuje wodę w ruchu. 🙂
Różowe niebo i nasz namiot (i mega szumy na zdjęciu) 🙂
Widok “z okna”.

 

i na koniec TROCHĘ SUCHYCH FAKTÓW :

Długość trasy – ok. 19,5 km

Czas pokonania trasy wliczając przerwy – ok. 12 godzin

Przewyższenia – pierdoła Mateusz nie włączył zegarka!

START: 779 m n.p.m.

KONIEC: 1519 m n.p.m.

Średnia temperatura – ok. 25 stopni Celsjusza

 

Dajcie znać czy wpis Wam się podobał i czy chcecie czytać dalej o TMB! 🙂 Może za dużo zdjęć? A może za mało? Zostawcie swoje przemyślenia w komentarzach poniżej albo mejlowo (szczegóły w zakładce KONTAKT). I koniecznie podzielcie się ze znajomymi!

Pozdrawiam Was mocno! M.