Tour du Mont Blanc to wariant urlopu dla nas obojga. Zanim jednak rozpoczęliśmy urlop, trzeba było spełnić marzenia. Marzenia o Mont Blanc, a bardziej – dwa aspekty tego marzenia. Dla jednego z nas marzeniem było jak najwyżej i jak najpiękniej – dla mnie – jak najbezpieczniej i szczęśliwie. Obustronny sukces ukształtował kolejne marzenia, które mam nadzieję również spełnimy w niedługim czasie. Może będziecie ich świadkami.. 🙂

Mont Blanc – najwyższy szczyt kontynentalnej Europy (opierając się na założeniach MUG) to szczyt nie dla każdego. Nie chodzi tutaj o pieniądze, drogi sprzęt, czy logistyczne problemy. Mont Blanc to jedna z “tych gór”. Gór dla ludzi wytrwałych i upartych. To góra dla ludzi z pasją. Dla ludzi totalnie zakręconych na punkcie wykorzystywania życia najlepiej jak się da. Szczęście mam, że jedna z takich osób jest towarzyszem mojego życia.

„Idę na MB”. Słowa te usłyszałam trochę ponad rok temu. Spojrzałam na niego i popukałam się w czoło. „Chyba oszalałeś. Przecież nie dasz rady. To wymaga mega przygotowania – jak Ty sobie to wyobrażasz?” „Dam radę, zobaczysz. Przygotuje się fizycznie i zbiorę sprzęt. Za rok jadę!” I co? Pod koniec lipca br. pojechał. A ja? Pojechałam z nim… 🙂

Od początku wiedziałam, że MB to szczyt nie dla mnie. Moja kondycja fizyczna odbiega znacznie od tej doskonałej, więc w grę wchodziło tylko towarzystwo w drodze do Francji. Pierwotnie miałam zostać w jakiejś alpejskiej wiosce i czekać na niego do jego powrotu. Jednak im bliżej było wyjazdu tym bardziej kusiło mnie, żeby spróbować razem z nim – przecież nie jestem górskim laikiem, umiem chodzić w rakach i posługiwać się czekanem. „Czemu nie?” Zapytała mnie moja lekko szalona strona ego. Na szczęście zdrowy rozsądek odwiódł mnie od tego pomysłu. Na wszelki wypadek nie zabrałam też ze sobą sprzętu, bo znając życie mając wszystko na miejscu ruszyłabym w górę.

Postanowiliśmy, ze przygodę możemy przeżyć jednak razem i zdecydowaliśmy, ze gdy on będzie atakował szczyt, ja spędzę ten czas przy Lodowcu Tete Rousse, który okazał się dla mnie wspaniałym wariantem wspinaczki.

Najpiękniejszy zachód słońca w moim życiu. Obozowisko przy schronisku Tete Rousse.

Lodowiec Tete Rousse, a dokładniej schronisko przy nim, wraz ze skalnym „polem namiotowym” znajduje się na wysokości 3167 m n.p.m. Najbliżej do schroniska jest z miejscowości Chamonix, jednak my z racji naszego noclegu drogę rozpoczęliśmy w Saint-Gervais-les-Bains.

Z miejscowości tej kursuje kolejka dowożąca turystów na wysokość 2372 m n.p.m. do schroniska Nid d’Aigle, skąd mniej więcej dwugodzinnym szlakiem dociera się do podnóży lodowca. Niezbyt zadowoleni ceną tej przyjemności zdecydowaliśmy, ze lepiej będzie podejść pieszo. Nasz gospodarz jednak skutecznie zniechęcił nas do tego pomysłu. Biorąc pod uwagę wysiłek, który trzeba włożyć w atak szczytowy z Tete Rousse, całodniowy trekking z przewyższeniem ponad 2500 metrów wraz z okropnie ciężkimi plecakami i sprzętem wcale nie byłby dobrą rozgrzewką. Oczywiście można i wcale nie zniechęcam – my jednak wybraliśmy kolejkę. Koszt takiego środka lokomocji to ok. 35 euro za osobę, jednak w dwie strony, co nie czyni tego aż tak drogim. Wrażenia też fajne – nierzadko bowiem wjeżdża się małym pociągiem na ponad 2000 m npm 🙂

Wnętrze kolejko-tramwaju.
Pierwsze spojrzenia na Alpy przez szybę tramwaju.

Około 9 w niedziele wsiedliśmy do kolejki i już po 11:30 wysiedliśmy na ostatniej stacji przy której rozpościerał się jeszcze piękny zielony krajobraz. Nie trwało to jednak długo, bo po około 200 metrach szlak zamienił się na kamienisty i taki pozostał już do samego końca. Szlak nie jest szlakiem trudnym dla kogoś obytego ze sporą ekspozycją i dość stromymi podejściami. W kilku miejscach szlak wiódł przez płaty zalegającego śniegu, co jednak nie stanowiło dużego problemu. Na szlaku w sezonie letnim nie ma potrzeby korzystania z raków i czekana. Powyżej Tete Rousse jest to już ekwipunek niezbędny. Niestety około tygodnia przed naszą przygodą na szlaku tym zginęła Polka, zsuwając się ze zbocza. Nie mnie oceniać to zdarzenie, jednak chciałabym podkreślić, że do gór trzeba mieć zawsze respekt i brać pod uwagę wszystkie możliwe scenariusze. Również te złe i tragiczne. W górach zawsze kierujmy się rozumem – serce musi nam wybaczyć! 

Szlak do schroniska Tete Rousse.
Szlak do schroniska Tete Rousse. Przystanek z widokiem na szczyt Aiguille du Midi (3842 m n.p.m.)
Szlak do schroniska Tete Rousse. Z jednej strony niebieskie niebo, a za plecami unoszące się chmury.

Po dotarciu na miejsce należało znaleźć dogodne miejsce na rozbicie namiotu. Biorąc pod uwagę przepaść z jednej strony „Polany” i czapę śniegu z drugiej nie było to wcale takie proste 🙂 znaleźliśmy jednak miejsce, które przygotowane zostało przez jakiś poprzedników – nasz namiocik zmieścił się w nim bez problemu.

Po rozbiciu się w naszym „base camp” obeszliśmy teren schroniska. Pogoda niestety nie sprzyjała – horyzont pokryty był gęsta mgłą. Mimo to, ogrom skał leżących blisko nas był niesamowity. Przy schronisku, w którym to spędziłam pół kolejnego dnia, można złapać zasięg i skontaktować się ze światem. Tak tez zrobiliśmy i my 🙂

Pod schroniskiem. Każdy przystanek z możliwością “oparcia” plecaka był zbawienny. 🙂
Obozowisko. Najczęściej słyszany język – język polski.
Toaleta na 3167 m n.p.m.
Podglądanie.. sztucznej kozicy.

Nasz wyjazd zbiegł się z wydaniem przez francuski rząd zakazu wejścia na MB dla wszystkich nieposiadających rezerwacji w schronisku Gouter – ostatnim schronisku przed szczytem na wysokości 3800. Zastanawiało nas jednak w jaki sposób zakaz ten jest przestrzegany i jak się okazało, francuscy żandarmi przed tzw. kuluarem śmierci wstrzymywali ruch i cofali wędrowców. Robili to jednak od około 9 rano, kiedy to już nikt na szczyt nie wychodzi. 😉 W nocy ok. 2:30 mój szalony człowiek ruszył w górę razem z zapoznanymi na miejscu Polakami. O drodze na szczyt nie powiem zbyt dużo bo mnie tam nie było – najważniejsze to to, Mateusz pomimo braku aklimatyzacji czuł się po drodze bardzo dobrze i około 12 w południe zdobył swój upragniony szczyt.

Niestety wysokość dla mnie nie była już taka łaskawa. Już na wysokości na której spaliśmy, w nocy zaatakował mnie okropny ból głowy, tak że wspomagać się musiałam środkami przeciwbólowymi. Może była to kwestia lekkiego przeziębienia, które próbowało mnie dopaść w tym samym czasie jednak nie zważając na przyczyny, nie było to uczucie przyjemne. W nocy temperatura minimalnie spadała poniżej zera, padał śnieg i było baaardzo zimno. Puchowy śpiwór dał radę… dla nas obojga. 🙂

Dzień minął mi na piciu herbatki, topieniu lodu na wodę dla wracającego wędrowca, a przede wszystkim na zamartwianiu się czy wszystko na górze jest ok i czy Mateusz nie ma jakichkolwiek problemów z aklimatyzacją lub, nie daj Boże, ze szczelinami lodowca. Na szczęście, o 18:33 udało mi się dostrzec w oddali mój czerwony punkcik. Wykończony, ale szczęśliwy podśpiewywał “Europaaaa daaa się luuubić” 🙂 Był cały i zdrowy, a to dla mnie było najważniejsze. <3

Wieszcz Mateusz 🙂

Co było dalej? Mateusz stał się wieszczem obozu – opowiadał, opowiadał i pokazywał zdjęcia. Kilka z nich Wam też pokaże na końcu posta. Tego dnia było już za późno by wracać do Saint-Gervais, więc jeszcze jedną noc spędziliśmy na wysokościach. Już spokojniej i bez stresu. Rano złożyliśmy namiot, pożegnaliśmy się z naszą “polską ekipą” i ruszyliśmy w dół.

To, że mogłam być świadkiem tego wszystkiego, nawet nie ruszając na szczyt, było dla mnie niesamowitym przeżyciem. Pierwszy raz na lodowcu. Pierwszy raz powyżej 3 tysięcy metrów i to jeszcze w namiocie. Nie da się opisać tego, co czuje się w takich momentach. A jak to potęguję, kiedy tak bardzo kocha się góry! Plan na “za rok” jest już na tapecie – za rok idę wyżej! Czy się uda czy nie – nie wiem. Chce spróbować i tego się na razie trzymam!

Łapcie obiecane zdjęcia z góry. Uwaga – grozi zakochaniem się!

Wschód słońca z widokiem na Aiguille du Midi.
Widok ze szczytu Mont Blanc.
Rozległy szczyt Mont Blanc.
Triumf na szczycie!