Europa,  Podróże małe & duże

TMB – co to takiego i dlaczego takie super?

CO TO SIĘ POROBIŁO?

Za chwilę stuknie rok odkąd założyłam bloga, ale jestem wręcz bliska rozczarowania – nie potrafiłam tak gospodarować czasem, aby systematycznie dodawać wpisy, na których pomysłów i inspiracji miałam setki! Od ostatniego wpisu o Maroku minęło ponad pół roku…  Mam nadzieję, że wybaczycie mi moje zaniedbanie i zostaniecie jeszcze ze mną – znów będę starać się powrócić do żywych! Trzymajcie kciuki!

 


Na dobry początek nowego początku – tajemnicze TMB, o którym tak wiele wspominałam na Instagramie w ostatnim czasie i którego to zdjęciami spamuje Was już od lipca!

Co to takiego ten TMB?

Tour du Mont Blanc – w skrócie TMB – to jeden z najbardziej znanych, ale też i najpiękniejszych szlaków trekkingowych w Europie. Swoją nazwę zawdzięcza oczywiście najwyższemu szczytowi Europy – górze Mont Blanc – trasa szlaku biegnie dookoła całego masywu Białej Damy. Długość szlaku w najbardziej rozszerzonej wersji wynosi ok. 170 km! Zgodnie z tabelką z Wikipedii – trasa całego TMB szacowana jest na 11 dni. Tak też czytaliśmy na blogach i w przewodnikach, chociaż w niektórych źródłach dolna granica czasowa na pokonanie TMB wynosiła nawet 7 dni.  Powiem Wam, że gdybyśmy lepiej rozplanowali pierwszy dzień naszej eskapady i mieli jeszcze jeden dodatkowy dzień urlopu, pewnie udałoby nam się przejść ten szlak w 6 dni. 6 dni to niemały wysiłek fizyczny, ale czego się nie robi dla cudownych wspomnień? Tak czy siak – nie ważne w ile dni, ważne by wybrać się tam choć raz. I niekoniecznie na całość – nawet maleńki kawałek szlaku pozwoli Wam zakochać się w Alpach.

My już przepadliśmy! Najpiękniejsze przeżycia ever!

Ogólnie przyjęte etapy TMB. źródło_wikipedia

 

Chciałabym podzielić się z Wami wspomnieniami i zdjęciami z każdego z naszych cudownych 5 dni na szlaku w osobnych postach. Chcecie? 🙂 W tym poście przekażę Wam kilka ogólnych informacji, żebyście mogli już planować urlopy Waszego życia! 🙂

Co warto wiedzieć?

TRANSPORT:

TMB przebiega przez teren 3 europejskich krajów – Francji, Szwajcarii i Włoch. Rozpocząć go można na dowolnym etapie, stąd nie ma większego znaczenia do jakiej miejscowości traficie jako pierwszej. My, z racji na główny punkt naszej wyprawy, którym było zdobycie przez Mateusza szczytu Mont Blanc, kierowaliśmy się dogodną bazą wypadową właśnie do stóp Białej Góry. Z Poznania pociągiem udaliśmy się do Krakowa skąd mieliśmy samolot do Genewy w Szwajcarii. Udało nam się znaleźć tanie loty z EasyJet za 119 złotych za osobę (w jedną stronę) + 125 złotych za jeden rejestrowany duży bagaż. Drugi plecak wzięliśmy na pokład – w EasyJet nie ma obostrzeń dotyczących wagi bagażu, a jedynie wymiarów. To bardzo ułatwiło sprawę 🙂

Z Genewy do Chamonix – mekki sportów zimowych pod Mont Blanc – dotarliśmy autobusem FlixBus. Koszt – 35 złotych za osobę.  Do miejscowości, w której spaliśmy – przepięknego Saint-Gervais-les-Bains – dotarliśmy samochodem z mieszkającym tam znajomym. Fajnie jest mieć znajome twarze w takich cudownych miejscach… 🙂

Powrót do Polski to już zupełnie inna bajka. Zdecydowaliśmy się na podróż “za jeden uśmiech” i te dwa ostatnie dni naszej podróży nadają się na długi oddzielny post… 🙂

Mój ulubiony widok za oknem 🙂
PIENIĄDZE I CENY:

W większości schronisk i miejsc, które mijaliśmy na trasie nie było problemów z płaceniem kartą. My posiadamy i używamy karty Revolut, która pozwala dokonywać płatności w wielu walutach nie pobierając opłat za przewalutowanie i wypłaty z bankomatów. Więcej szczegółów pod zaszytym w tekście linkiem. 🙂 Za pomocą aplikacji doładowujesz taką kartą i cieszysz się benefitami. No i tracisz kasę 🙂 Gotówkę potrzebowaliśmy jedynie w autobusie, którym raz jechaliśmy na terenie Włoch – aż 1 euro za osobę. W jednym ze sklepików w Szwajcarii spotkaliśmy się również z limitem kwotowym dla płatności kartą (20 CHF!!!), ale miły starszy Pan ekspedient w końcu zgodził się sprzedać nam wodę i colę poniżej wymaganej kwoty. Notabene to chyba najdroższa woda i cola w moim życiu – za 1,5l wody i 0,5l Coca Coli zapłaciłam pond 9 CHF…

Ceny, jak już wspomniałam powyżej, dla przeciętnego Polaka są dość wysokie. Dało się to odczuć w każdym z trzech odwiedzonych państw. Na szczęście, zakupów nie musieliśmy robić często. Ceny w schroniskach są już wręcz horrendalne – piwko ok. 8 EUR, lody na patyku 2-5 EUR.  Nie wiem jak dla Was – dla nas to dużo. Tak więc piwko na zakwasy kupowaliśmy w Carrefourach, gdzie było zdecydowanie lepiej 🙂 Bardzo drogie są również owoce, więc trochę ich nam przez ten tydzień brakowało.

Pyszne jagodowe piwo wypite we Francji – tylko 1,7 EUR!

NOCLEGI:

Oprócz dwóch nocy spędzonych u znajomego, naszym domem był namiot. Pod Mont Blanc, jedynym miejscem gdzie można rozbić namiot jest skalna “polana” troszkę powyżej schroniska Tete Rousse na wysokości 3167 m n.p.m. I właśnie tam “przetrwaliśmy” dwie noce.

Na samej trasie TMB mamy aż 3 różne obostrzenia na temat biwakowania “na dziko”. Na oficjalnej stronie Tour du Mont Blanc wyczytać można, że:

  • we Francji można biwakować na “dużych wysokościach”;
  • we Włoszech biwakowanie dozwolone jest tylko powyżej 2500 metrów n.p.m. – w przypadku obu państw czytamy w dopisku, że zasady te dotyczą czasu “od zmierzchu do świtu”.
  • W ciągu dnia biwakowanie jest surowo zabronione, tak samo jak kiedykolwiek na terenie Szwajcarii.

We Włoszech i Szwajcarii spaliśmy na polach namiotowych, które leżą przy trasie TMB. Bardzo dobrze utrzymane, z ciepłą wodą, a nawet WI-FI! 🙂 Jednak w pamięci pozostaną noclegi francuskie – te na łonie natury, gdzie byliśmy tylko my, góry i… świstaki. Ale o tym innym razem!

JĘZYK:

Ogólnie rzecz biorąc nie ma większego problemu z porozumieniem się w języku angielskim – z jednymi rozmawia się łatwiej, z innymi trudniej, ale dla chcącego – nic trudnego. Najlepiej byłoby porozumiewać się po francusku – tego języka po drodze nasłuchaliśmy się najwięcej, nawet po włoskiej stronie masywu. Wśród osób z którymi rozmawialiśmy, najlepiej z angielskim radzą sobie Szwajcarzy – tutaj niemałe zaskoczenie, bo biegle mówili nawet starci ludzie! Co jeszcze tyczy się języka, to przemiłe, tak samo jak w polskich górach, pozdrawianie się na szlakach przez radosne “Bonjour!” czy “Buongiorno!” – wiek czy narodowość nie ma tutaj znaczenia! Większość mijających nas ludzi uśmiechało się od ucha do ucha, pomimo zmęczenia.

POGODA:

Podczas naszego tygodnia w Alpach, doznaliśmy zarówno lodowatych, jak i upalnych wrażeń. Chamonix przywitało nas również gwałtowną ulewą, która tak samo szybko jak się zaczęła, tak samo ustąpiła miejsca wieczornemu słońcu. Godziny spędzone przy lodowcu pod Mont Blanc były chłodne – temperatura w nocy spadała poniżej zera, a w dzień, kiedy słońce chowało się za szczytami lub chmurami było ok. 10-12 stopni. Na słońcu było ok, ale przez to, że warunki co chwila się zmieniały wskazany był ubiór na cebulkę.

Pierwsze wrażenia – chowanie się przed ulewą w Chamonix. 🙂

Podczas trekkingu dookoła masywu wszystko zależało od wysokości na, której się znajdowaliśmy. Bardzo upraszczając – do wysokości 2000 chwilami było nawet upalnie – słońce prażyło całe dnie. Im wyżej i bliżej lodowców i śniegu robiło się przyjemniej – nasilał się wiatr i przyjemnie chłodził zmęczone mięśnie – termo z długimi rękawkami dawało radę. Wieczorami oraz wczesnym rankiem warstw trzeba było nakładać więcej, nie mówiąc już o nocach, dwóch parach skarpetek, trzech długich rękawach i czapce.. 🙂 W większości pogoda nas rozpieszczała – przytrafił się nam tylko jeden deszczowy dzień.

OZNAKOWANIE SZLAKU:

Przed wyjazdem czytaliśmy, że TMB jest bardzo komercyjnym szlakiem, a co za tym idzie jest bardzo dobrze oznakowany. To drugie się zgadza, to pierwsze – nie do końca. Zacznijmy może od oznakowania. W każdym z państw wyglądało to troszeczkę inaczej – we Francji i we Włoszech dominowały tabliczki z drogowskazami, a w Szwajcarii najwięcej było oznaczeń na kamieniach. Pomimo świetnego oznaczenia udało się nam raz zgubić. Na szczęście nie bardzo i tylko na chwilkę 🙂 Co zasługuje na podkreślenie – niestety sugerowane czasy przejścia odcinków szlaku na tablicach są mocno zaniżone. Może inaczej. Są bardzo zaniżone dla wędrujących z domami na plecach (czyt. min 15 kg). 🙂 Dla reszty powinno być ok.

W kolejnych miejscowościach znajdowały się również drewniane tablice z całą mapą TMB, wraz z szacunkowymi czasami przejścia poszczególnych etapów. To akurat było bardzo motywujące! Fajnie było planować sobie kolejne etapy widząc ich ogólną trudność (czyt. przewyższenie) i położenie na mapie!

Jeśli chodzi o ludzi na szlaku – zaskoczeniem było to, że na większości trasy czuliśmy się jak na odludziu. Czasami, przez kilka godzin nie widzieliśmy nikogo! Przy większych miejscowościach było troszkę tłoczniej, ale daleko TMB do drogi nad Morskie Oko. I to było piękne!!!

Tablica informacyjna TMB.

JEDZENIE:

Tutaj nie napiszę zbyt dużo, bo większość jedzenia, które zjedliśmy na trasie zabraliśmy z domu. O tym co jeszcze zabraliśmy, będzie oddzielny post. 🙂 Zobaczymy jak Was zaciekawi temat TMB – jeśli załapiecie bakcyla powinien pojawić się już całkiem niedługo! 🙂

Odpowiadając jeszcze na pytanie z tytułu posta – dlaczego TMB jest takie super? Pasjonatów gór nie muszę przekonywać do słuszności tego stwierdzenia. Tych nieprzekonanych – zapraszam na kolejne posty i na Instagram, gdzie zakochacie się w cudownych widokach TMB.

Słyszeliście wcześniej o Tour du Mont Blanc? Może już tam byliście? Wszystkie Wasze odczucia, pytania i inne ważne rzeczy wrzucajcie poniżej w komentarzach. O czym nie napisałam, a Was bardzo interesuje? Dajcie znać!

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *