Europa,  Podróże małe & duże

Miasto nad Niemnem – Grodno

W długi listopadowy weekend udało nam się ziścić plan odwiedzenia Grodna. Odkąd dowiedzieliśmy się o zniesieniu wiz na wjazd na teren Białorusi, postanowiliśmy wybrać się tam przy okazji pobytu u rodziny na Podlasiu. Z miejscowości skąd pochodzi Mateusz do Grodna jest mniej niż 90 kilometrów, więc szkoda by było choć raz nie skorzystać. I tak, 10 listopada, zamiast jeść już rogale Świętomarcińskie uciekliśmy daleko na wschód. Stwierdziliśmy, że jednodniowy trip w zupełności nam wystarczy na zobaczenie najciekawszych miejsc w Grodnie i na spróbowanie jakiś lokalnych przysmaków.

Zanim jednak ruszyliśmy w drogę czekało nas trochę papierkowej roboty. Od listopada 2016 roku wprowadzono tzw. ruch bezwizowy w okolicach parku “Kanału Augustowskiego” i pobliskich miejscowości, w tym miasta Grodna. Jednak bezwizowy nie oznacza całkowicie bezproblemowy. Wjazd bez wizy obwarowany jest kilkoma obowiązkami – posiadania zezwolenia na wjazd, paszportu ważnego co najmniej 3 miesiące od daty wjazdu na teren Białorusi, określonej liczby pieniędzy na pobyt oraz honorowanego ubezpieczenia zdrowotnego (NFZ odpada 👅). Do tego dochodzi jeszcze deklaracja celna, którą przy nabywaniu zezwolenia, pośrednik wypełnia za podróżującego (wszystko pisane cyrylicą). Tyle z teorii. A jak to było z nami?

Zezwolenie należy wykupić (koszt 50 złotych za osobę) z co najmniej całodniowym wyprzedzeniem. System dokładnie wskazuje w jakim najbliższym terminie można na teren Białorusi wjechać. Ale… my, jak to my, nie doczytaliśmy 😀 Kupno zezwoleń odłożyliśmy na dzień wyjazdu i… system nas zaskoczył. Jednak po kilku telefonach do biura pośredniczącego udało się zmienić datę na bieżącą. Pierwszy punkt odhaczony! Paszporty nie były problemem, tak samo jak i zasób pieniędzy (aż 81 PLN za dzień!). Jeśli chodzi o ubezpieczenie zdrowotne – zapomnieliśmy również i o tym. O dziwo nikt nam go nie sprawdzał.

Jakoś w ten piątek nie mogliśmy się zebrać i w drogę ruszyliśmy bardzo późno, bo dopiero około jedenastej. Roboty drogowe na S8 nie pomogły nadrobić czasowej straty, ale w końcu nasze oczy ujrzały coś, czego jakby się dobrze zastanowić, nigdy wcześniej nie widziały. Kolejka na granicy. Sznurek tirów ciągnął się już kilka kilometrów od przejścia w Kuźnicach. Na szczęście one rządzą się innymi prawami – minęliśmy je szybko docierając do polskiej kontroli (bezproblemowo) skąd już prosto na kontrole białoruską. Nie było wielu samochodów, prawie sami Białorusini, jednak pokusiliśmy się na dedykowaną bramkę EPI – bramkę, która powinna obsługiwać podróżujących z elektronicznymi deklaracjami i zezwoleniem.  Po co będziemy stać jak wszyscy skoro my tylko na “pół” dnia i wszystko już mamy. Miły Białorusin przepuścił nasz samochód i podjechaliśmy pod okienko. Zamknięte okienko. Pustą budkę. Tak o to właśnie popełniliśmy największy błąd tego dnia! ☺

 

 

Rozmowa z celnikami nie należała do tych ulubionych. Po pierwsze – po polsku nie, po drugie – po angielsku też nie. Próbowaliśmy im przekazać, że jesteśmy z tego programu bezwizowego, że posiadamy już wszystkie dokumenty, co oni skwitowali pokazaniem nam okienka w kolejce obok. Tak, tej samej w której staliśmy wcześniej 😀 Konieczne okazało się wypełnienie karty migracyjnej, którą trzeba było oddać przy opuszczaniu terenu Białorusi. Podobno za zgubienie tej karty przewidziana jest grzywna, tak na marginesie. Na szczęście nie zgubiliśmy. Mimo tego, że kartę już posiadaliśmy (wypełnioną i podbitą przez urzędnika) nadal nie mogliśmy przejechać przez granicę. Ktoś musiał zweryfikować jeszcze pozostałe dokumenty i sprawdzić samochód. Jak można było się spodziewać, jako, że nie torowaliśmy żadnemu innemu pojazdowi przejazdu zajęto się nami… po godzinie od zgłoszenia. Pani inspektor się nie spieszyło. Tego dnia wszystko było przeciwko nam. Pozostało jeszcze wykupienie zielonej karty. Oczywiście można ją załatwić wcześniej, w większości przypadków za darmo, jednak dla takich jak my, którzy zostawiają wszystko na ostatnią minutę koszt zakupu takiego dokumentu na przejściu granicznym to 17 EUR. Brawo my!

Po 2,5 h (!!!) spędzonych na granicy naszym oczom ukazała się Białoruś. W pełnej krasie i tak jakby, bez efektów specjalnych… tylko przez pierwsze 5 minut! Czy przy tankowaniu samochodu wjeżdżacie kołami na krawężnik chodnika na którym stoi dystrybutor? Nie? No i błąd – przecież wtedy do baku wleje się więcej! Najwyraźniej tania benzyna na białoruskiej stacji paliw skusiła starszego Pana. Zgadniecie jakiej był narodowości? 😂

Dojechaliśmy do centrum, zaparkowaliśmy i ruszyliśmy na spacer. Niestety było bardzo zimno i pochmurno, co zresztą zobaczycie na zdjęciach. Grodno na pierwszy rzut oka jak każde inne polskie miasto. Kamienice, kościoły, skrzyżowania, dość duży ruch drogowy. I teraz czas na ten drugi rzut okiem. Czołg. Na środku dużego skrzyżowania w centrum miasta na postumencie stoi radziecki czołg. Czy straszy, czy zachęca – nie nam to oceniać. Na pewno robi wrażenie. Tuż obok dumnie prezentuje się ciekawy architektonicznie Teatr Dramatyczny, który wybudowany jest na kształt korony! Lekko podniszczony, ale mi się podobał.

Śladów polskości nie trzeba było długo szukać. Vis-à-vis teatru na wzgórzu wznosi się katolicki Kościół Znalezienia Krzyża Świętego, przy którym, w byłym klasztorze bernardynów działa Wyższe Seminarium Duchowne. Polskie napisy, modlitwy i ogłoszenia duszpasterskie były nawet pokrzepiające wśród natłoku wschodniego alfabetu na każdym kroku 😀 Co ciekawe, w tym kościele ślub brała Eliza Orzeszkowa, która w Grodnie mieszkała i zmarła. Jest również pochowana na jednym z tutejszych cmentarzy.

 

Im dłużej spacerowaliśmy, tym coraz bardziej rzucała się w oczy chyba największa różnica pomiędzy Grodnem, a miastami w Polsce (no, oprócz alfabetu). Porządek – żadnych graffiti, żadnych popisanych murów czy śmieci na chodnikach, trawa równiutko przystrzyżona na każdym skwerze. Nazwałabym to takim sterylnym miejskim krajobrazem. I bardzo mi to pasowało 🙂 Pomimo nieprzyjemnej pogody spacerowało się bardzo miło. Jako, że chcieliśmy korzystać jeszcze z dnia, postanowiliśmy zjeść kolację dopiero po zmroku, a lekki głód zaspokoić wschodnimi przysmakami – serkami twarogowymi w czekoladzie, które od pobytu w Moskwie uwielbiam!

 

Grodno nie ma tradycyjnego rynku – jego centrum stanowi Plac Sowiecki przy którym stoi ogromna Katedra Św. Franciszka Ksawerego. Przy placu, przed laty stał Kościół Najświętszej Maryi Panny w Grodnie, nazywany również Farą Witoldową, którą 56 lat temu władze komunistyczne wysadziły w powietrze. Na placu znajduje się pomnik upamiętniający to miejsce i wydarzenie.

 

Warto też, spacerując po placu, dotrzeć pod dawną bramę żydowskiego getta, znajdującą się tuż przy ulicy Zamkowej (dawniej ulicy Żydowskiej). Ludność żydowska stanowiła przed wybuchem II Wojny Światowej aż 42% wszystkich mieszkańców miasta. Co się z nimi stało, historia mówi, aż nazbyt boleśnie…

 

W końcu dotarliśmy też do dwóch grodzieńskich zamków – bez szału zarówno stary, jak i nowy, w którym obecnie mieści się Państwowe Muzeum Historyczno-Archeologiczne. Dużo lepiej prezentują się z drugiej strony rzeki i rzecz jasna, w jasnym, słonecznym świetle. Spoglądając na Grodno ponad Niemnem, zapadał już zmrok, nie było nam też dane wejść do obu budynków – niestety czas spędzony na granicy zaważył nad planem naszej wycieczki. Skoro robiło się ciemno przyszedł czas na punkt kulminacyjny każdego wyjazdu – jedzenie!

Jak zawsze w wyborze gastro-miejsca pomocny okazał się TripAdvisor – wybraliśmy miejsce nazwane po prostu Karczma – jak się później okazało – miejsce bardzo smaczne i bardzo przytulne. 👌
 
Od momentu kiedy tylko wjechaliśmy na Białoruś marzyłam o soliance – przepysznej wschodniej zupie z dużą ilością mięsa i warzyw oraz oliwek (!) i jaka byłam szczęśliwa odnajdując ją w karcie i później wcinając ją razem z ciemnym chlebkiem. Smakiem przypominała tę, którą po raz pierwszy jadłam w Moskwie, jednak nie pobiła mojego dotychczasowego faworyta. Mateusz zajadał żur, który może nie wyglądał dobrze, ale smakował zacnie. 😀 A co na drugie danie? Placki ziemniaczane! Moje, z boczkiem, słoninką i cebulką podane były w garnuszku wypełnionym po brzegi, pływające w ciepłym tłuszczyku. Były naprawdę tłuste, ale wiecie co? Były super 👅 Wersja Mateusza, z plasterkami łososia i kwaśną śmietaną – też dobre, ale.. za mało mięsne 😂 Dla mnie porcje w sam raz, dla Mateusza trochę małe. Koszt jedzenia + piwka ok. 70 złotych. Nie tanio i nie drogo. Suma summarum – polecam! Narobiłam Wam smaka?
 
Został jeszcze jeden element wyjazdu, o którym chce tutaj wspomnieć. Coś z czym znowu kojarzy mi się pobyt w Rosji (wiem, monotematyczna jestem), a który można również zobaczyć u naszych wschodnich sąsiadów Białorusinów. Co to? Trolejbus! Tak – to takie śmieszne autobusy napędzane energią elektryczną, jak tramwaje. W Grodnie kursują co chwila i z tego co się wydawało to najpopularniejsze środki transportu miejskiego. Nawet w sumie nie wiem czy gdzieś w Polsce można spotkać takie cuda. Wiecie coś o tym? Dajcie znać w komentarzach!
 
Aż trudno uwierzyć, że Grodno jeszcze przed II Wojną Światową leżało na terenie naszego kraju. Bogata historia, ciekawe miejsca i piękne budynki są wystarczającym powodem, aby to miejsce kiedyś odwiedzić. Do końca tego roku macie jeszcze okazje skorzystać z ruchu bezwizowego, niestety nie wiadomo czy prezydent Białorusi zdecyduje się przedłużyć ofertę turystyczną tego miasta na kolejne lata. Bardzo mile wspominam ten dzień, pomimo chłodu i przygód na granicy (powrót był już w miarę ok). Chętnie bym tam wróciła w jakiś cieplejszy dzień. Na trochę dłużej. Zobaczymy, może kiedyś!
Pozdrawiam Was,
M.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *