Europa,  Podróże małe & duże

Zielona kraina, czyli okolice Dublina w ekspresowym tempie (dzień II)


Irlandia. Dzień drugi. 
Plany, jak zawsze, były ambitne. Wstać o 6 i ruszyć w drogę. Ale jak mieliśmy to zrobić, skoro do 2 w nocy sączyliśmy napoje z dublińskimi gospodarzami? Ach, jak było miło! Zamiast 6-stej wyszła bodajże 8:30, ale za to z pyszną jajecznicą. Kto by nie brał takiej opcji? 🙂 My – jasna sprawa!

Sobotnie atrakcje były już jako tako zaplanowane. Mogliśmy dalej zwiedzać Dublin i pić Guinessa, albo ruszyć w góry. I tak serce zwyciężyło nad rozumem. Mimo tego, że moje kolano nie było jeszcze w idealnym stanie po buszowaniu w Izerach, decyzja wcale nie była trudna. Cudownie jest mieć męża (lub żonę, co nie Ewa?), który w góry pojedzie/pójdzie/pobiegnie zawsze. 🙂 Padło na góry Wicklow i dolinę Glendalough. 
Zanim tam dotarliśmy, zrobiliśmy sobie mały przystanek w miejscowości Bray. Fajnie było posiedzieć sobie na plaży (leżenia raczej nie polecamy), popatrzeć w morze i pospacerować promenadą ciągnącą się wzdłuż linii brzegowej. Nie darowałabym sobie, gdybym nie poskakała sobie po zwałach ogromnych kamieni, wdzierających się w morze. Wiał silny wiatr, przez co fale mocno w nie uderzały i jak też się można było spodziewać nie uchroniłam moich ubrań przez Morzem Irlandzkim.☺ 
Z plaży rozpościera się ładny widok na Bray Head, wzgórze położone w miasteczku, z którego widoki też są ponoć zacne. Niestety nie wchodziliśmy, pędziliśmy dalej. Może następnym razem. Ogólnie – bardzo zimno i bardzo ładnie, a że razem to wiadomo, że fajnie. 🙂

Podróżując autem po Irlandii, trzeba przyzwyczaić się do bardzo wąskich i krętych dróg. Biorąc pod uwagę również jazdę lewą stroną jezdni, prowadzenie samochodu to na początku nie lada wyzwanie. Na szczęście widoki za oknami są tak piękne, że w pełni rekompensują trudy techniczne 🙂 Osobiście czułam się jakbyśmy podążali krokami Gerarda Butlera w “P.S. I love you”. A i selfie przy drodze (nawet z płotem w tle) są bardzo fajne 😃

Jak widzicie niebo nie było w tym dniu zbyt zachęcające do pieszych wycieczek, a mimo to po dotarciu do Glendalough, zdecydowaliśmy się wybrać czerwony 11 kilometrowy szlak, jak to opisują Suitable for: well equipped with high fitness level. Mimo tego, że oczywiście identyfikujemy się z opisem 😋(górskie buty w bagażu podręcznym znalazły swoje miejsce) to trochę popłynęli, mówię Wam. 😉
Wejście na teren doliny jest płatne 2 EUR za samochód (płatne panom parkingowym, którzy kierują samochody przy wjeździe). Do tego dochodzi mapka z rozrysowanymi szlakami za 0,5 EUR i tak za 2,5 EUR wkraczamy do baśniowej krainy. Mapka tak naprawdę nie była konieczna w nawigacji, bo szlak był bardzo dobrze oznaczony jednak to fajna pamiątka dla takich zbieraczy wszystkiego, jak ja.
Na terenie polodowcowej doliny znajdują się ruiny wczesnochrześcijańskiego kompleksu klasztornego (datowane na VI w. n.e !), gdzie zobaczyć można pozostałości katedry, całkiem dobrze zachowany kościół Św. Kevina czy stary cmentarz. Jest to jednak niewielka część pierwotnego klasztoru. Budowle mają dość mroczny charakter, a świadomość tego, że są naprawdę tak stare robi ogromne wrażenie. Coś dla miłośników historii i archeologii. Polecamy! 

Dolina ta jest bardzo znana z dwóch jezior znajdujących się w jej granicach – Jeziora Dolnego (Lower Lake) i Jeziora Górnego (Upper Lake). Już po nazwach wiadomo w jakiej kolejności można je zobaczyć na szlaku. Szczerze mówiąc, wrażenie zrobiły na mnie dopiero “z góry” – może to przez zachmurzone niebo i tak silnie wiejący wiatr, że trudno było utrzymać telefon by zrobić zdjęcie. Nie mniej jednak jest to bardzo ładne miejsce. Show skradło drzewo rosnące niedaleko Jeziora Górnego, które jest bardzo oryginalnym miejscem na pamiątkowe zdjęcia. Nie tylko dla nas – drzewo jest tak wyślizgane, że ciężko było się na nim utrzymać.

Dalej to już tylko (i aż) szlak, który jest o tyle dziwny, że jest zbudowany inaczej niż w znanych mi dotąd górach – w większości jest to droga z długich i wąskich drewnianych płyt “obitych” metalową siatką. Szło się po tym całkiem wygodnie, noga nie ślizgała się na mokrym drewnie, ale niektórzy z nas (nie ja ;)) potykali się o wystające metalowe części co jakiś czas. Ale żeby nie rozpisywać się o tym co pod stopami, warto pokazać to co było przed naszymi oczami. Ku naszej radości, słońce zechciało wychylić się na chwilkę zza chmur i wynagrodzić nam nasze trudy. To co wtedy zobaczyliśmy, myślę zostanie z nami na długo. Jedźcie tam i zobaczcie te cudo natury na własne oczy! 🙂

 

Bajkowa kraina jeszcze na sam koniec podkreśliła swój magiczny charakter pokazując nam poniższy obrazek. 

Czym by była jednak nasza podróż bez spróbowania lokalnego jedzenia? Muszę przyznać, że niskobudżetowy charakter naszego wyjazdu pozwolił nam skusić się tylko na Chowder – irlandzką gęstą zupę z owocami morza (było ich naprawdę dużo!), podawaną z przepysznym świeżym chlebem. Palce lizać – wszystko oprócz ceny, bo za małą miseczkę trzeba zapłacić ponad 6 EUR. 

Na deser wybraliśmy drogę na Sally Gap – skrzyżowanie dwóch dróg prowadzących przez Park Narodowy Gór Wicklow. Nie przesadzę, jeśli powiem, że przez całą drogę jechałam z otwartą buzią i z nosem przyklejonym do szyby samochodu. Czułam się jakbym była w kosmosie – czerwone wzgórza i góry były tak magicznym, a zarazem surowym widokiem, że ciężko było nie odrywać od nich wzroku. Widok potęgowało niebo i słońce chylące się ku zachodowi. Zgodnie możemy przyznać, że było to jedno z najpiękniejszych miejsc w jakich udało nam się do tej pory znaleźć. Niestety byliśmy pod takim wrażeniem, że nikt z nas nie myślał o fotografowaniu całej drogi (dwie fotki na zachętę 😏). Dla ciekawskich link do filmiku z drona – kurcze, aż bym chciała się tam teraz teleportować…

Żeby się nie popłakać z tęsknoty chyba trzeba zakończyć post. Tęsknie Irlandio. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Mam nadzieję, że nie ostatniego. Do zobaczenia!
Pozdrawiam,
M. 

One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *