Jeszcze tydzień temu byliśmy w ferworze weekendowych wrażeń. 
Pięknie i zielono, wszyscy mówili – i nie mylili się.
Irlandia. ❤

 
 
Podróż tam przyszła nam do głowy w sumie przez przypadek. Wybraliśmy tę destynację jako tło na zaległą wygraną sesję zdjęciową, jednak niestety nie doszła ona (jeszcze) do skutku. Żeby się na ten temat dużo nie rozpisywać – pamiętajcie, by imię i nazwisko na karcie pokładowej było dokładnie takie samo jak w dowodzie. My już na pewno będziemy pamiętać. 😉 Ryan Air pozostawił nam niemały niesmak, no cóż. Kolejne prawie 48 godzin zrekompensowało nam niemiłe przygody w 200%!
 
Wysiadamy. Jupi. Hurra. Ale zaraz, zaraz.. Coś tu chyba nie gra. W jakim języku, oprócz spodziewanego angielskiego, są wszelakie lotniskowe komunikaty? A te banery reklamowe?
Serio? – to język irlandzki. Totalnie odbiega od moich wcześniejszych wyobrażeń. Zawsze myślałam, że będzie to pewnie ta sama rodzinka językowa, która wiedzie prym na wyspie obok (no dobra, nie tylko tam), a tutaj taki szok! 😏 Kaligraficzne literki składające się w dziwne wyrazy, których “na czuja” przeczytać się nie da. Jak się później dowiedzieliśmy, zasad wymowy jest tyle, że nie powinniśmy sobie zaprzątać nim głowy. Jest fajnie!
 
Najbardziej obawialiśmy się brzydkiej pogody. Ponoć na wyspie non-stop pada, ale jak to z nami już bywa, szczęście zazwyczaj nam sprzyja. Oprócz lekkiej wieczornej mżawki nie uświadczyliśmy kaprysów natury – ba, nawet słońcu udało się przebić na dość długo, a tego na wyspie nie widzą zbyt często. 🙂
 
Irlandia jest bardzo droga. Teraz, widząc księgowania na karcie kredytowej, przeliczone po dość wygórowanym kursie euro, mogę to podkreślić raz jeszcze: W IRLANDII JEST BARDZO DROGO. 😡 Na szczęście są na tym świecie dobrzy ludzie, którzy bez problemu ugościli nas u siebie, przez co mogliśmy zaoszczędzić około 1500 złotych na noclegu. Tak – jest to orientacyjny koszt spędzenia weekendu w dublińskim hostelu dla dwóch osób. Nie wiem jak wygląda to w tygodniu, ale właśnie takie ceny pokazał nam Booking.com na termin naszego wyjazdu (pt-nd). Łukasz! Jeśli to czytasz, raz jeszcze dziękujemy!
 
Jeszcze z kwestii czysto organizacyjnych, świetną opcją okazało się wypożyczenie auta na lotnisku. Koszt takiej “zabawki” jak się okazuje w wcale nie jest wygórowany (zwłaszcza jeśli mówimy o Irlandii) bo za dwie doby zapłaciliśmy tylko 120 złotych. 5 osobowe, 5 drzwiowe.. tylko kierownica była jakoś dziwnie zamontowana 🙂 Trochę się obawiałam, jak Mateusz sobie poradzi w nowej lewostronnej sytuacji, ale moje obawy nie miały podstaw – po kilkunastu minutach śmigał już jak Irlandczyk!
 
 
Żeby nie tracić czasu, po przylocie nie pchaliśmy się do centrum – od razu skierowaliśmy się na półwysep Howth Head, który oddalony jest od centrum Dublina o ok. 13 km. Howth, samo w sobie, to malownicza miejscowość portowa, która ponoć jest nawet dzielnicą stolicy. Trochę rozbici lotniskową sytuacją nie mieliśmy zbyt dużo czasu, żeby poczytać o atrakcjach tego miejsca, więc na czuja udaliśmy się do portu, a potem na Howth Cliff Path. Właśnie to miejsce (chociaż nie zobaczyliśmy go całego) skradło moje serce! W planach powrót obowiązkowy 👍 Zresztą, zobaczcie sami…
 
 
Pięknie, co nie?
Samo miasteczko też niczego sobie 🙂
 

 

Jak to bywa ze złośliwością losu, nie zabraliśmy ze sobą aparatu (przecież miał lecieć z nami fotograf 😂) więc po pierwsze – zdjęcia robione telefonem, nie są zbyt dobrej jakości, a po drugie nie ma ich bardzo dużo, bo trzeba było oszczędzać baterię. Powiedzieliśmy sobie, że już nigdy nie przyjdzie nam do głowy podróżować bez własnego sprzętu!
 
Po Howth przyszedł czas na centrum Dublina. Było po 16:00, więc pewnie wyobrażacie sobie jak szybko mijała nam trasa.. W końcu udało nam się dotrzeć do parafii św. Audoen’a, zostawić bagaże i ruszyć w miasto. W tłumie ludzi (czego nie oddają zdjęcia) przedzieraliśmy się przez wąskie uliczki centrum w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Stanęło na zakupach w delikatesach i chińczyku (notabene bardzo dobrym). Nie żeby miejsc z jedzeniem było mało, tylko niestety ceny w centrum nie zachęcały.. 😐 Z witryn wołały nas kolorowe donuty, których było mnóstwo (tak wołały, że na nie skusić się musieliśmy), a ze ściany pozdrowił nas nawet sam Cejrowski 😃 Jak też na Dublin przystało, punktem kulminacyjnym tego dnia był pub P.Mac’s, gdzie spotkaliśmy się z Mariką, której nie widziałam już dobrych kilka lat, a która na co dzień w Dublinie mieszka i pracuje. Powiem Wam, że to był najsmaczniejszy punkt tego dnia. Guiness(y) zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie… 🙂 Trochę migawek z tego dnia na deser.
 
 

 
 
Myślę, że tymi uśmiechniętymi pyszczkami zakończymy ten i tak już dość długi post 🙂 Dublin przyjął nas bardzo, bardzo dobrze!
 
 
 
Jeśli jesteś ciekawy lub ciekawa co zobaczyliśmy drugiego dnia i jakie towarzyszyły nam przygody bądź na bieżąco z “Bez dedlajnu” na fb lub zapisz się do bloggerowego newslettera. 👌
 
Również, jeśli masz jakieś pytania, opinie czy przemyślenia – proszę zostaw komentarz – będzie mi niezwykle miło Tobie odpowiedzieć!
 
Pozdrawiam, 
M.